• Wpisów:40
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:71 dni temu
  • Licznik odwiedzin:5 009 / 362 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Już trochę jestem na tym blogu (właściwie to poniekąd jesteśmy), więc może wypadałoby się przedstawić i wyjaśnić co nieco, o co w tym wszystkim chodzi.
Biała-ja i Czarna- moja lepsza połowa. A to, co znajdujecie w poprzednich postach, to nasza historia. Nasze wymienione od początku wiadomości, marzenia, wspomnienia i nadzieje. Nic, co tu przeczytacie nie jest nieautentyczne, bo każde słowo jest elementem tego, co jest między nami.

My i nasze molo. I nasze jezioro. I jej pies. Pięknie.
 

 
Siedzi na kanapie z podkulonymi nogami, które obejmuje. Wgapia sie pusto w brzeczacy telewizor. Widzę, że jej myśli drżą. Znam to. Wiem, że jest jej zimno w środku. Widziałam ten stan nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz go ujrzę. Idę do sypialni z oliwkowymi ścianami, które tak uwielbia i biorę zielony puchaty kocyk. Wracam do niej. Siadam na kanapie, po czym klepię w miejsce sofy miedzy nogami. Ona już wie. Przesuwa sie w wyznaczone przeze mnie miejsce. Oplatam ją nogami, zarzucam na nas koc i przytulam ją. Czekała na to. A ja cieszę się mogąc jej to dać. Ten azyl. Ucieczka od świata. Chronie ją i nie pozwolę jej skrzywdzić. Wiem, że jest bezpieczna. Ona też to wie. Grzejemy się nawzajem. Czuję, że wycisza myśli. Całuje ją z boku szyi, po czym opieram podbrudek na jej barku. Będziemy tak siedzieć dopóki ciepło nie powróci do normalnego stanu. Nieważne ile tk będzie trwało. Godzinę. Noc. Dzień. Ważne, że jest na właściwym miejscu. Blisko mojego serca...
 

 
Czasem coś wydaje się zbyt trudne, zbyt ciężkie by podjąć się udźwignięcia tego i poniesienia na barkach w kierunku bliżej nieznanej przyszłości. Przeraża, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi szepczą cichutko żeby odpuścić i oszczędzić sobie potencjalnego cierpienia. Możemy się wycofać i wiemy, że właściwie to powinnyśmy uczynić. Prócz lęku który nas trawi jest jednak coś jeszcze. Coś znacznie silniejszego, kuszącego i przyciągającego. Nie umiemy tego nazwać, lecz nie potrafimy z tym walczyć. To sprawia, że nie odwracamy się i nie stawiamy kroków ku otwartej furtce, przez która przecież możemy wyjść w każdej chwili.
Marzenia o cieple, dłoniach, ustach i życiu splatają dwie broniące się przed tym dusze- co ma być, to będzie.
 

 
Bo ja po prostu lubię na nią patrzeć. Nie umiem przestać cieszyć się wyłapywaniem szczegółów zmian na jej twarzy, tej szczególnej, jedynej, tej, której chcę się uczyć i zapamiętywać, choć na ogół większość otaczających mnie wizerunków szybko umyka mi z pamięci zlewając się w jeden bezbarwny kielich kanonu.
Te oczy, w których zawsze płoną różnokolorowe iskierki, nad nimi łuki brwi, które często marszczą się i unoszą zmieniając swoje położenie, nos, policzki i niżej usta, które wydają się być nieskończenie czułe i łagodne. Miękkie i ciepłe. Magnetyzujące.
To nie jest tak, że nagle poczułam pragnienie by znalazły się na mojej skórze, bo tak na prawdę to pragnienie istnieje we mnie, krąży wśród myśli i niecierpliwie chce wydostać się na zewnątrz, co czasem okazuje niezwykle donośnie. Tak jak teraz, gdy patrzę na delikatnie rozchylone wargi. Mimowolnie przechylam głowę, tym samym eksponując nagi fragment bladej skóry na szyi i ramieniu. Widzę jak dotyka tego miejsca wzrokiem, podąża nim za ruchem moich palców bezbłędnie odczytując niemą prośbę.
I już po krótkiej chwili przeciągającej się w nieskończoność czuję te miękkie i ciepłe pocałunki na swoim ciele. Niespieszne i pełne pasji. Prowadzące swoją przewidywalną wędrówkę wzwyż po kruchym barku, przez wypukłość obojczyka, potem po szyi gdzie pod powierzchnią skóry pulsuje życie. Obrysowują linię żuchwy, by zaraz nie mogąc już dłużej wytrzymać spoczywają na moich ustach. Sycę się nimi powoli, smakuję, przygryzam. Zatrzymuję powietrze w płucach czując język badający powierzchnię moich warg. Nieśmiało wychodzę mu naprzeciw, ujmuję jej twarz w dłonie przysuwając się bliżej. Szukamy odpowiedzi na niejasne pytania jednocześnie ciesząc się ulotną, efemeryczną chwilą. Zatapiamy się w sobie, tworzymy jedno, desperacko szukając przetrwania w swoich ramionach.
Zaczynam się czuć tak, jakby część tego szalenie szamoczącego się serca biła w tym drugim ciele.
 

 
Siedziałyśmy naprzeciw siebie. Badałyśmy ciała wzrokiem. To co widać. To czego nie, widziałyśmy w myślach. Wewnętrzny spokój ogarniał mnie i ją. Wiem, że dostrzegała szczegóły. Nie musiała czuć. Widziała, że mam delikatną skórę. Że moje źrenice odbywają wędrówkę po jej policzkach. Zaznaczają kontury. Kroczą po powierzchni ku dolinie smaku. Ku ustom. Tak... Przyglądałam się im długo. Są magnetyczne. Przyciągają moje spojrzenie. Widziała, że od dłuższego czasu mam w to miejsce utkwiony wzrok. Drgnęła. Poruszyła prawą ręką. Oparła opuszki palców na prawym barku. Po czym zaczęła sunąć dłonią w kierunku lewej strony. Lekko. Delikatnie. Subtelnie. Po drodze palcem wskazującym musnęła naszyjnik. Przyglądałam się temu z wielkim zainteresowaniem i ciekawością. Nie dało się tego nie zauważyć. Mimo to dostrzegłam jak lekko uniosła kącik ust, by po chwili znowu przybrać enigmatczny wyraz twarzy. Dłoń. Jej dłoń. Spracowana, ale jednocześnie delikatna. Jak cała ona. Wkraczając palcami na teren swojego lewego obojczyka, zahaczyła o luźny kołnierzyk bluzy. Pociągnęła go aż do ramienia. Odkrywając tym samym urzekający kawałek ciała. Zaczęłam doszukiwać się odpowiedzi w jej oczach. Znalazłam. Powoli uniosłam i zbliżyłam do odsłoniętej skóry dłoń. Palce po kolei na nią opadły. Zapamiętywałam każdy fragment dotykiem. Każde wgłębienie. Przechadzając się, zostawiałam po sobie znak. Mój dotyk. Raz jeszcze zajrzałam w jej bezdenne źrenice, po czym moje usta zetknęły się ze skórą na jej obojczyku. Pozostawiałam ciepłe ślady po lekko muskających pocałunkach. Mimo, że były niewinne, zawierały wiele pasji. Odchyliła lekko głowę, domagając się nieśmiało tym samym pocałunków na szyi. Zrobiłam to o co prosiła. Dałam jej poczuć moje usta na cienkiej i wrażliwej szyi. Na koniec nie mogłam się powstrzymać i złożyłam pieczęć na najbardziej magnetycznej części ciała. Moje usta wpasowały się w jej jak klucz. To klucz, żeby zrozumieć coś więcej...
 

 
Nie jesteś Moja. Nie jesteś moją własnością. Jesteś po prostu dla mnie z własnej woli. Tak jak ja dla Ciebie
 

 
I znów siadam przy oknie. Lubię tak czasem posiedzieć. W ciszy. Albo przy melodii, która otwiera mi umysł. Wtedy po drugiej stronie szyby nie widzę tylko ponurego dnia i deszczu. Widzę szczegóły. Smutne chmury. Płaczą. Ronią łzy, które spadają jedna za drugą by zderzyć się z twardą powierzchnią. Rozbijają się i tworzą niezgrabną plamę wody. A gdyby tak spojrzeć inaczej? Na to jaką odległość muszą pokonać krople. Może one chcą. Chcą przytulić się do miękkiej trawy. Sprawić by liście błyszczały. By zbiorniki wodne przybrały. By rośliny mogły się napić. Deszcz z reguły wydaje się ludziom smutny. Lecz gdyby go nie było, nie byłoby i radości. Radości z miękkiej, zielonej trawy. Pięknych, kolorowych kwiatów. Trudzilibyśmy się z twardą ziemią. Uprawy by nie rosły. Deszcz przynosi szczęście. Smutny w naszych oczach jest dlatego, że jego krople kojarzą nam się ze łzami. A gdyby płakać podczas deszczu? Byłby wtedy podwójnie smutny czy szczęśliwy? Zależy od rodzaju łez. Jeśli są smutne, tak jak nasza dusza, to wszystko wokół też. Tak samo działa to gdy są szczęśliwe. Łzy wzruszenia. Wzruszenia ze szczęścia. Szczęścia, że ma się kogoś bliskiego swemu sercu. Może ten ktoś stoi z nami w deszczu? Wtedy nic nie jest smutne. Mimo, że nie ma na nas suchej nitki. Że woda zbiera się w butach. Że wyglądamy jakbyśmy brali kąpiel. Że leje jak z cebra. To i tak jest to radosny deszcz. Pokazuje nam, że nie ważne gdzie i w jakiej sytuacji. Ważne, że razem. Bo ta druga osoba daje nam szczęście jakiego sami byśmy nie osiągnęli. Może ta osoba też musiała pokonać odległość jak krople? By wtulić się w miękkie ramiona. Jednak każdy musi przeżyć wiele samotnych deszczy, by odnaleźć ten radosny. Trzeba mieć nadzieję. Tak samo jak deszcz niesie nadzieję na słoneczne jutro.
 

 
Znowu otwieram oczy szybciej niż ona. Widzę jak wyraźny dotąd obraz, został zaburzony spływającymi mozolnie kroplami. Po chwili doszedł także dźwięk. Melancholijna melodia jaką wystukują zderzające się z ziemią krople. Coś w tym jest. To coś sprawia, że czuję ciszę. Błogą ciszę. I słyszę w niej oddech. Jej oddech. Też go czuję. Wiem, że zaraz ten stan przerwie upierdliwy budzik. Zastanawiam się czy udawać, że śpię, czy dać jej całusa na dzień dobry. Wiem, że nie lubi mnie opuszczać. Tylko czy łatwiej jej iść gdy widzi z rana moje oczy, czy też nie. Nie gniewam się. Nie jestem zła. Bo wiem, że do mnie wróci. Nawet jeśli miałoby to być po kilku dniach bo cos przytrzymało ją w pracy. Wróci. Wyszeptałam cichutkie "Dzień dobry" w razie gdybym miała nagle zasnąć. Jednak pewnie uda mi się jeszcze powiedzieć jej to gdy już wróci ze świata snów...
 

 
Biała: Uwielbiam patrzeć jak śpi, choć Ona sama nie uważa by w śpiących ludziach było coś ciekawego. Mi podoba się odprężenie wymalowane nie tylko na twarzy. Mam wtedy ochotę całować jej zamknięte powieki, policzki, czoło, nos i usta- najdelikatniej.
porankami robię się niezwykle czuła. Ogarnia mnie radośc z faktu, że żyję, że Ona żyje, że żyjemy razem. Sypialnia tworzy szczelną bańkę zza której granic nie docierają żadne dźwięki, żadne obce zapachy, żaden ból i problemy.
Ot, chwila dla nas, gdy możemy poleżeć razem w wykotłowanej pościeli, przytulając się i po prostu trwając. Nawet gdy śpi, czuję, że jest dla mnie. Przelewam na nią wszystkie swoje emocje, które teraz kręcą się w okół bezbrzeżnej czułości. Tak bardzo jest mi teraz bliska.

Czarna: Otwieram leniwie oczy i widzę. Widzę wspaniałe szczęście i radość. W jednej osobie. Przygląda mi się i uroczo uśmiecha. Ja również nie jestem w stanie powstrzymać szczerzenia się. Kolejny dzień i znów cieszę się z tego, że się obok niej budzę. Przekręcam się na plecy i przeciągam jak kot. Koszulka odsloniła w tym momencie brzuch, a ona nie mogła się powstrzymać. Położyła na nim swoją dłoń i spojrzała się na mnie uroczo, jakby z zapytaniem czy może, mimo, że robiła to już wiele razy. Lubie ten dotyk. Jest jej. Biorę jej dłoń w swoje i przez chwile bawię się jej palcami i kolejny raz badam jej powierzchnię. Wiem, że są spracowane. Przynajmniej przy mnie zaznają odprężenia, jak i całe jej ciało. Całuje delikatnie jej kostki, po czym unoszę się i daję jej porannego całusa w usta. Ten sam smak, a jednak cały czas smakuje zaskakująco i wspaniale. Wiem, że jestem jej bliska, a Ona mi. I postaram się żebyśmy się nie oddalały.
 

 
Będę tonąć w Twoich oczach, ale w nich nie utonę, bo będę chciała tonąć jeszcze wiele razy. Myślę, że Twoje usta będą mnie z nich wyławiały. Jak teraz o tym pomyślę. O tym co zaszło, to dostrzegam mały plus. Mianowicie przeczytałam kolejny rozdział Ciebie. Był o kolejnych emocjach. I w sumie cieszę się, że w jakimś stopniu dzieliłaś się ze mną tym bólem, bo ciężar niesiony przez dwójkę jest lżejszy. Cieszę się, że przy mnie możesz być sobą. Zaśnij spokojnie.
 

 
Czarna: Doznałam właśnie oczyszczenia. Takiego natychmiastowego odprężenia przy jednym wydechu i wiesz co?

Biała: Nie wiem, ale liczę na to, że mi powiesz, bo jak zwykle zżera mnie ciekawość.

Czarna: Cieszę się, że jesteś.
 

 
Stoję przed Nią chwilę, przysłaniając swoją sylwetką ekran telewizora i pozwalam by skupiła wzrok na mnie. Uśmiecha się kącikiem ust i jestem pewna, że wie iż cholernie kocham ten rodzaj uśmiechu. W odpowiedzi zagryzam wargę, rzucając Jej jedno z tych spojrzeń, w których pożądanie miesza się z czułością i pewną dozą wyzwania. Podchodzę bliżej czując pod stopami przyjemną miękkość wyścielającego część podłogi dywanu. Mijam eliptyczną, w całości wykonaną z drewna dębowego ławę, muskając koniuszkami palców jej powierzchnię i znów zatrzymuję się na krótki moment. Chcę, żeby patrzyła, żeby czekała. Nie spuszczam z niej spojrzenia udając bardziej stanowczą niż jestem w rzeczywistości.
Cień rozbawienia przemyka po Jej twarzy, lecz zaraz przepada w czeluściach pragnienia błyszczącego w zielonych tęczówkach. Wiem, że się Jej podobam, choć na początku ciężko było mi w to uwierzyć. Wyciąga ręce w moim kierunku i już po chwili czuję dłonie na swojej talii. Przyciąga mnie do siebie pozwalając bym usiadła okrakiem na jej udach. Robię to powoli, przeciągłym ruchem ocierając się o jej biodra. Dłonie z talii wędrują w dół, by zatrzymać się na moich pośladkach i ścisnąć je delikatnie. Kciukiem dotykam Jej dolnej wargi by w następnej sekundzie złożyć pocałunek na ustach, które tak uwielbiam. Najpierw delikatnie- ot muśnięcie. Obie wiemy, że to zaledwie początek. Całą sobą staram się opanować ciepło napływające na moje policzki, lecz kolejny wijący ruch bioder do którego namawiają mnie jej ręce, skutecznie niweluje mój plan. Rumienię się, czując jak przyjemne dreszcze salwami przebiegają moje ciało. Jej dotyk działa na mnie elektryzująco, gdy tylko chłodne palce wsuwają się pod materiał mojej koszulki. Gładzą skórę pleców samymi opuszkami, przemierzają pagórki żeber, by zaraz wrócić na linię kręgosłupa, a potem między łopatki, gdzie przez chwilę pieszczą wytatuowanego tam lisa.
Mimowolnie pogłębiam pocałunek. Znów przygryzam wargę, lecz tym razem nie swoją. Muskam ją koniuszkiem języka, nieśmiało zapraszam do tańca.
Ciche westchnienie wydobywa się z jej gardła. Przymyka oczy i teraz to jej biodra napierają na mnie powodując kolejną falę dreszczy. Przepadam w cieple rozchodzącym się po całym moim podbrzuszu. Cała jest idealna i fenomenem tego ideału chcę się teraz cieszyć wypuszczając na wierzch targające mną pierwotne pragnienia.
Chwytam ostrożnie rąbek tkaniny górnej części jej garderoby w niemej prośbie, na którą odpowiedzią jest zawadiacki uśmiech. Pewnym ruchem ściąga ze mnie koszulkę doskonale wiedząc, że pod nią nic więcej już nie ma. Bez skrępowania patrzy na moje ciało. Na odznaczające się obojczyki, na piersi których sutki sterczą reagując na zmianę temperatury i podniecenie, na brzuch, na biodra... Szepcze mi do ucha że jestem piękna. Sama unosi ręce do góry po drodze przeciągając dłońmi po moich bokach. Teraz i ja mogę pozbyć się tej niepotrzebnej granicy jaką stanowi jej ubranie. Nie pytam czy mogę pozbawić ją również sportowego stanika, który ma na sobie i po prostu to robię. Teraz nie ma już między nami żadnej bariery. Ciało przylega do ciała. Obie drżymy, choć nie jest nam zimno. Kolejne pocałunki przyciągają nasze usta. Są coraz mniej opanowane, coraz więcej w nich namiętności. Nie wiedzieć kiedy chwyta moje uda i unosząc mnie lekko układa na sofie. Ani na krótką chwilę nasza skóra nie przestaje się ze sobą stykać. Teraz leżę na plechach mając Ją między nogami. Czuję subtelne ruchy jej bioder napierające na mnie bez pośpiechu. Wychodzę im na przeciw znajdując ten spokojny, powolny rytm. Nasze dłonie błądzą. Pocałunki rozpraszają się na szyje, piersi, nagie ramiona. Są pełne pasji, łapią płytkie oddechy by znów móc zostawiać mokre ślady na rozgorączkowanych ciałach.
Nie mamy dość, nie liczymy czasu, a świat jakby przestaje istnieć. Ziemia przestaje się kręcić i wszystko dookoła zastyga w bezruchu. Wszystko prócz nas, bo my jesteśmy zbyt zajęte swoim osobistym tańcem, którego język jest zrozumiały tylko dla nas. Nie zauważamy, że wieczór zamienia się w noc, otulając mrokiem kruche w swej nagości ciała. I tylko sztuczne światło telewizora pozwala nam dostrzegać wyrazy uczucia migoczące w oczach.